Strony

„Ojciec Mateusz” czyta billingi :)

Od jakiegoś czasu zdarza mi się oglądać polski serial „Ojciec Mateusz”. Nie wspominałbym o tym, gdyby nie pojawiał się w nim wątek billingów. Dosyć często w rozwiązywanych przez sandomierską policję sprawach pojawia się motyw sięgania właśnie po billingi.

Serial pokazuje w moim odbiorze dwa różne oblicza billingów i ich wykorzystania. Z jednej strony pokazane jest, w jakich różnych sytuacjach billingi można wykorzystać. Z drugiej pokazuje, jak łatwo pozyskać billingi i jak „łatwo” je analizować. Pierwsze pokazuje billingi w pozytywnym świetle, jako bardzo dobry środek dowodowy, który niesie bardzo dużo przydatnych informacji. Drugie pokazuje, że rację mają Ci, którzy wnoszą, iż pozyskiwanie przez policję danych jest łatwe. To co rzuca się jeszcze w oczy, przynajmniej mi, to fakt, iż policja posiada bardzo dużą wiedzę, jak wykorzystać te informacje.

Rozumiejąc zasady, jakimi kieruje się serial, można liczyć na bardziej zbliżony do rzeczywistości obraz korzystania przez policję z danych telekomunikacyjnych. Obecnie bowiem buduje to wypaczony obraz retencji danych telekomunikacyjnych. Choć to pewnie niemożliwe, może warto zwrócić uwagę na szczegóły także w tym elemencie scenariusza, żeby nie ugruntowywać niezbyt korzystnego wizerunku billingów w społeczeństwie.

Inwigilacja – chcemy z nią żyć

Dla Polaków „inwigilacja” to słowo o specjalnym znaczeniu. Skojarzenia mamy z tym słowem bardzo bolesne. W czasach minionych oznaczało przede wszystkim całkowitą kontrolę życia społeczeństwa przez państwo. Unikaliśmy wszystkiego, co mogło sprawić, że jakaś cząstka naszego życia wychodziła poza mury naszych domów.

Zmienił się system, ale nie zmieniło się podejście do tego słowa. Jak pada słowo inwigilacja, nadal mamy w pamięci 45 lat PRL-u i okryte złą sławą służby bezpieczeństwa. Nadal kojarzy nam się z ingerencją państwa w nasze życie prywatne. Czasy się więc zmieniły, a strach przed tym zjawiskiem nie osłabł. Nadal każde działanie policji, związane z pozyskiwaniem informacji o obywatelach, odbieramy jako nielegalne, a także niemoralne. Nadal nie ufamy tych formacjom, węsząc wszędzie podstęp, a nie chęć pracy dla dobra społeczeństwa.

Zmieniło się jedno. W coraz mniejszym stopniu staramy się zachować prywatność, godząc się na wiele, aby tylko ułatwić sobie życie. Nie zdajemy sobie sprawy, albo świadomie unikamy myślenia o tym, ile danych o naszym życiu prywatnym „zostawiamy” w otaczających nas sieciach teleinformatycznych. Są to dane telekomunikacyjne z telefonu i internetu, dane o transakcjach finansowych, także kartami płatniczymi, dane o przemieszczaniu się środkami komunikacyjnymi, coraz częściej także środkami komunikacji miejskiej. W dyskusji publicznej o inwigilacji mówi się w kontekście dostępu do danych telekomunikacyjnych, popularnie zwanych billingami. Tutaj społeczeństwo jest wyczulone, bo dotyczy to podsłuchów, które kojarzone są z działalnością operacyjną policji i służb specjalnych. O innych źródłach danych o zachowaniach społeczeństwa się raczej nie mówi. A może warto byłoby o tym wspomnieć. Jeżeli bank może przeprowadzić analizę naszych zachowań konsumenckich, mogą to zrobić także służby specjalne czy policja. I w określonych przypadkach to robią.

Kontrola billingów w urzędzie

W wakacje pojawiła się informacja o tym, że prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak kontroluje maile i billingi pracowników urzędu. Pan prezydent tłumaczył, że nic takiego nie ma miejsca, że urząd nie kontroluje korespondencji pracowników. Szkoda, że do jednego worka wrzucono kontrolę billingów oraz kontrolę treści maili, na jaką skarżą się pracownicy urzędu.

Z jednej strony utożsamianie billingów z mailami właściwie mija się z celem. Billingi wskazują połączenia telefoniczne z zewnętrznymi numerami telefonicznymi, czasami także komunikację wewnętrzną. Są to zestawienia połączeń, które zostały wykonane przez danego abonenta, nie mówią niczego o treści rozmów. I takiej treści rozmów, jeżeli urząd nie stosuje polityki nagrywania rozmów z interesantami, nie wydobędzie się z billingów. A o nagrywaniu rozmów z interesantami urzędnicy muszą wiedzieć, gdyż sami o nich informują. Zupełnie inną sprawą jest inwigilacja polegająca na odczytywaniu treści korespondencji mailowej. Choć i tutaj byłbym ostrożny w ocenie, która ze stron złamała prawo – wysyłający kwestionowane maile urzędnicy czy kontrolujący ich pracownicy.

W tym doniesieniu jest jeszcze drugie dno. Wszyscy urzędnicy od kilku lat wiedzą, że ich rozmowy są kontrolowane przez odpowiedni departament Urzędu Miasta. Tak jak zresztą w wielu innych urzędach w naszym kraju. Korzystanie z centrali telefonicznej w urzędzie wiąże się z rejestracją rozmów wychodzących, przychodzących i wewnętrznych, a urzędnicy, poprzez dostęp w wewnętrznym intranecie do danych telekomunikacyjnych, mieli obowiązek prześledzenia swoich połączeń i wskazania tych prywatnych. Urzędnicy mieli także możliwość opisania numerów prywatnych, aby w kolejnych miesiącach ułatwiać sobie rozpoznanie tych numerów. Tak więc nie jest tajemnicą, że urząd „kontroluje” billingi pracowników, gdyż robi to jawnie i za ich zgodą.

Nielegalny zakup billingów

Niedawno Superwizjer TVN nagłośnił sprawę nielegalnego zakupu billingów jednego z dziennikarzy od prywatnych detektywów, byłych policjantów. Jak na sensację, sprawa wygląda bardzo dobrze – za kilka tysięcy można z policji wykupić billingi każdej z osób, którą chciałoby się inwigilować. Jak na poważne dziennikarskie śledztwo – już trochę gorzej.

W materiale dziennikarze opisali, że do pozyskania billingów podchodzili dwukrotnie – po raz pierwszy dostali spreparowany materiał, po raz drugi dostali ręcznie przepisane zestawienie rzeczywistych połączeń, ale tylko wychodzących i w bardzo okrojonej wersji. Można powiedzieć, że w drugim przypadku dostali rzeczywiście billing – takie informacje zawiera bowiem billing, a nie zestawienie danych telekomunikacyjnych, na jakich pracują służby specjalne i organy ścigania. Co więcej, nie zdziwiłbym się, że tak przygotowane zestawienie zostało pozyskane od operatora, z biura obsługi klienta czy wręcz systemu informatycznego, gdzie przygotowywane jest zestawienie połączeń podlegających rozliczeniu. Chciałbym zauważyć, że tak, jak dla dziennikarzy pośrednikiem był detektyw, tak dla detektywa policja była pośrednikiem. Rzeczywistym dysponentem danych był operator, od którego służby te dane pozyskują. Tak więc potencjalnych przecieków jest więcej.

Dziwi mnie także to, że dziennikarze „obudzili się” ze snu, pisząc że pozyskiwane są na wielką skalę billingi obywateli. Dziwi mnie to, że robi się sensację z nielegalnego pozyskiwania danych, do których dostęp mają nieliczni. Dziwi mnie fakt, że sensacją jest korupcja w policji czy innych służbach. Fakt, że do dnia dzisiejszego nikt nie ujwanił pozyskiwania billingów i nie opisał rzetelnie ich rzeczywistej przydatności, nie powinien być wyznacznikiem, że wszystko działało bardzo dobrze. Tak jak z innymi dziedzinami i innymi danymi, także dane telekomunikacyjne były, są i będą towarem, na podstawie którego zarówno organy ścigania, jak i prywatni detektywi będą budować obraz sprawy, którą się zajmują. Dane te będą zawsze istotnymi elementami układanki, jaka powstaje w trakcie państwowego czy prywatnego śledztwa. Warto też uświadomić sobie, że istnieje cała strefa gromadzenia danych telekomunikacyjnych, której prawo telekomunikacyjne nie chroni. To także jest wielkie pole manewru dla chętnych na billingi.

PiS a retencja danych

Za nami wybory parlamentarne, które z dużą przewagą wygrało Prawo i Sprawiedliwość. Formacja ta zdobyła taką przewagę w polskim Sejmie, że może samodzielnie rządzić. Mając do tego większość w Senacie i Prezydenta wywodzącego się z tej formacji, można spodziewać się, że będzie rządziło niepodzielnie i skutecznie.

Dla mnie najbardziej zastanawiającą kwestią rządów tego ugrupowania jest jego kwestia podejścia do retencji danych telekomunikacyjnych. Tematu bardzo trudnego, ale z drugiej strony bardzo medialnego. Do tej pory nikomu nie udało się znaleźć rozwiązania, które zaspokajałoby potrzeby wszystkich stron – korzystających z danych organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości, odpowiedzialnych za retencję operatorów telekomunikacyjnych oraz nastawionego podejrzliwie do każdej formy kontroli prywatności społeczeństwa. Można powiedzieć, że trójkąta bermudzkiego – każda propozycja rozwiązania wpada do niego i nie potrafi wyjść w postaci aktów prawnych czy rozwiązań organizacyjno-technicznych.

Mnie zastanawia postawa Prawa i Sprawiedliwości w tym temacie z jeszcze jednego powodu. W swojej historii PiS oraz ludzie z nim związani mieli różne wpadki dotyczące działań nie do końca zgodnych z prawem. Do historii III RP przejdzie niewątpliwie sprawa telefonu Zbigniewa Ziobro. Mając taką przeszłość i rozliczeniową postawę bardzo łatwo wejść na drogę wykorzystania kwestionowanych teraz przepisów do osiągnięcia własnych celów politycznych. Łatwo także stworzyć takie przepisy, które tylko z pozoru będą chronić obywateli. Najłatwiej jednak będzie PiS-owi prowadzić taką politykę, aby pozaprawna działalność nie ujrzała światła dziennego, a wszelkie sprawy niewygodne były zamiatane pod dywan.